Późnym latem 2007 roku grupa podtatusiałych starych znajomych od fifki i butelki w przypływie alkoholowego uniesienia inicjuje weekendowe wietrzenie popiątkowego kaca. Jak na kraj między Bugiem a Odrą leżący wybór aktywności jest nader oczywisty - piłka nożna. Przez blisko miesiąc spotykamy się stale powiększającą się ekipą w łódzkim parku im. Poniatowskiego. Leżenie, gra "w gałę", leżenie, czteropak piwa, leżenie, gra "w gałę", hot-dogi ze stacji Statoil, leżenie. I papierosy jako przerywnik. W leżeniu.
Kilka tygodni później na pomysł spróbowania gry w rugby wpada przyszły kapitan, przyszłych Gentlemenów, Tomasz Kapela - był to swojego rodzaju fortel, który podczas prób rekrutacyjnych rosłemu i krzepkiemu facetowi o dwóch lewych nogach miał umozliwić nawiązanie jakiegokolwiek kontaktu z chłopakami na boisku, w razie gdyby zawiodły osobisty czar i wrodzona erudycja. Inicjatywa podlana paroma głębszymi błyskawicznie zyskuje pierwsze grono klakierów. Na akcie załozycielskim przyszłego klubu sportowego widnieją podpisy wspomnianego Tomasza Kapeli, Grzegorza Araszewskiego i Marcina Nowickiego (kieliszek erekcyjny wznosił również Maciej Szostek).
We Francji odbywa się właśnie Puchar Świata w rugby, odpowiednik piłkarskiego mundialu. Inicjatywa spróbowania przygody z jajowata piłką jest jak najbardziej na czasie. Kolejny toast i ojcowie założyciele za 35 PLN kupują na Allegro piłkę marki 'Kipsta'.
Jest niedziela wieczorem, do następnego weekendu powinna dotrzeć do Łodzi.
Tydzień później, w sobotę rano, piłki nadal nie ma. W ostatniej chwili, niemal rzutem na taśmę udaje się kupić jajo zastępcze (co ciekawe, supermarkety sportowe typu "GO Sport" nie posiadają w swojej ofercie piłek do rugby). Podzieleni spontanicznie na dwie ekipy starzy kumple ruszają na siebie. Pół godziny później, przy piwku i papierosach zapada decyzja o kontynuowaniu przygody z rugby. Kapitan schodząc z boiska niefortunnie zaplątuje się we własne nogi i uszkadza sobie łąkotkę, co w rezultacie skutkuje artroskopią i wyłączeniem ojca założyciela na półtora miesiąca z drużyny. A ta przez kolejne tygodnie rozkręca się z weekendu na weekend. Jajowate ziarno zaczyna kiełkować w sercach przyszłych Gentlemenów. Historia dopiero zaczyna się rodzić...
Wewnętrzne potyczki odbywają się pod szyldem nieformalnego przedsięwzięcia o wdzięcznej nazwie "Antihooligan Saturday Rugby League". Na przeciw siebie stają Mad Boys Crew i Bloody Angels Team. Umowne składy, piwo, szpan i brawura - oto jak wygląda rodząca się drużyna pod koniec 2007 roku. Po krótkiej zimowej przerwie spragnieni emocji chłopcy wracają do parku. Przez szeregi przyszłych Gentlemenów przewija się masa osób - znajomi z pracy, ze szkoły, nieznajomi werbowani po pijaku. Ludzie przychodzą i odchodzą, ale trzon grupy stanowią wciąż te same osoby.
Wiosną 2008 roku kontaktuje się z nami Zbyszek Grądys, ówczesny trener Brygady Bałuty, pierwszej amatorskiej drużyny siedmioosobowego rugby w Łodzi. Oferuje swoją pomoc i namawia nas do sformalizowania naszego przedsięwzięcia. Idea zostaje podchwycona i jako pierwszy krok "w dorosłość" zamiast weekendowych spotkań na kacu drużyna decyduje się wprowadzić reżim treningowy. Chwilę potem rozpoczyna się zażarta dyskusja dotycząca nazwy klubu. Większość głosuje za "Poniatowski Park RC", nazwą upamiętniającą miejsce spotkań, ale Ojcowie Założyciele przeforsowują alternatywną nazwę zaproponowaną przez Marcina Nowickiego: GENTLEMEMEN'S ŁÓDŹ RUGBY CLUB. Powód do kłótni z czasem zaczyna utrwalać się w głowach samych zawodników jak i lokalnego, póki co, środowiska rugby. Kiedy na treningach zaczynają się pojawiać osoby, których skusiła nazwa drużyny wszelkie dotychczasowe wątpliwości zostają rozwiane.
W maju 2008 wespół z BBRC występujemy na meczu pokazowym dla pracowników firmy Dalkia, którzy swoja imprezę integracyjną zaliczają na stadionie Budowlanych Łódź. Drużyna z Bałut obchodzi się z nami nader łaskawie i pokonuje nas zaledwie niespełna pięćdziesięcioma punktami:) W końcu chodzi o widowisko.
Dwa miesiące później zostajemy zaproszeni jako pierwsi sparingpartnerzy dla sekcji rugby Łódzkiego Klubu Sportowego. Przeciwnicy mają trenera, opierają skład na byłych zawodnikach Budowlanych Łódź, są zgrani i zmotywowani. Przegrywamy w złym stylu, dwa razy pod rząd. Nastroje w drużynie zaczynają się psuć. Dociera do nas, że możliwości autoszkolenia zostały wyczerpane. Albo trener albo niebyt.
W sierpniu 2008 przed treningiem w parku 3 Maja, podczas zamieszania na parkingu nasza piłka przez przypadek ląduje na dachu samochodu należącego do członka grupy "piłkarzy", którzy we wtorkowe popołudnia zajmują sąsiednie boisko. Zapytani przez jednego z nich o potrzebę gry w rugby na parkingu staramy się załagodzić spór, udobruchać właściciela samochodu i jak najszybciej uciec na nasze boisko. Facet jest jednak uparty i zadaje masę pytań - kim jesteśmy, jak długo gramy, kto nas trenuje, jakimi sukcesami możemy się poszczycić. Odpowiadamy grzecznie na wszystkie pytania, mówimy o zbliżającym się turnieju "Rugby Raban" i chcemy już się pożegnać kiedy "piłkarz" oznajmia: "jak chcecie, to mogę Was do turnieju przygotować, nazywam się Krzysiek Zając i jestem zawodnikiem ekstraklasy, grałem w Budowlanych Łódź, teraz występuję w barwach Posnanii Poznań." Stoimy oniemiali. Jeśli gość nie wciska nam kitu, myślimy, to chyba właśnie zaczął się nowy, lepszy okres dla dżentelmenów. Zając zostawia nam swój numer telefonu i wraca pograć w piłkę.
Nie mamy wątpliwości. Potrzebujemy trenera, gościa, który ma pojęcie o rugby i nawet jeśli nasza wspólna przygoda miałaby trwać krótko, warto skorzystać z wiedzy profesjonalnego rugbysty. Półtora miesiąca później w kiepskim stylu przegrywamy wszystkie mecze podczas turnieju. Zając jest najwyraźniej niezadowolony z efektów swojej pracy i decyduje się zostać z nami dłużej.
Przychodzi zima. Trenujemy pod dyktando trenera, w tygodniu w sali, w weekendy na zmrożonej plaży w łódzkich Łagiewnikach. Ludzie przychodzą i odchodzą, pogoda zniechęca najwytrwalszych. Czasem trenujemy we trzech, czasem w piętnastu. Nieważne jednak są liczby, ważna jest ciągłość. Na wiosnę, kiedy wracają rozgrywki Polskiej Ligi Rugby 7, startujemy w trzech turniejach i w lipcu zostajemy zaproszeni na turniej finałowy do Sopotu, podczas którego dwanaście czołowych drużyn walczy o ostateczne lokaty w klasyfikacji generalnej. Gramy jak natchnieni i sezon 2008/2009 kończymy na szóstej pozycji. Nasi lokalni rywale: Brygada Bałuty i ŁKS zajmują odpowiednio ósme i dziesiąte miejsce. Tego dnia nasze świętowanie na sopockiej plaży nie ma końca. Zostaliśmy najlepszą drużyną rugby siedmioosobowego w Łodzi.